Bejbi blues (2012)

 

Kasia Rosłaniec, reżyserka przebojowych i wielokrotnie nagradzanych „Galerianek“, przedstawia historię niedojrzałej 17-latki, która zostaje matką. „Bejbi blues” to kolejny – po „Sali samobójców” i „Jesteś Bogiem” – odważny, prawdziwy, wstrząsający, ale też nie pozbawiony humoru, portret pokolenia młodych Polaków. Generacji facebooka, smsów, chatów i blogów internetowych.

17-letnia Natalia (Magdalena Berus) urodziła dziecko. Ale to wcale nie była „wpadka”. Natalia ciążę zaplanowała. Razem ze swoim chłopakiem Kubą (Nikodem Rozbicki) próbują podołać obowiązkom rodziców, choć sami jeszcze na dobre nie dorośli.

Natalia chciała mieć dziecko, bo fajnie jest mieć dziecko. Wszystkie młode gwiazdy jak Britney Spears czy Nicole Richie mają dzieci. Ale dlaczego tak naprawdę zdecydowała się na macierzyństwo w tak młodym wieku? Może odpowiedź kryje się w tym co piszą nastolatki na internetowych forach? Chcą mieć dziecko, żeby w końcu ktoś je naprawdę kochał, żeby same miały kogoś do kochania.
[Czytaj całość]

  • Digg
  • Twitter
  • RSS
ads

Strażnicy marzeń / Rise of the Guardians (2012)

 

 

Czyżby po modzie na horror („ParaNorman”, „Hotel Transylwania”, „Frankenweenie”) czekała nas moda na filmy animowane w konwencji fantasy? Wyjściowy pomysł „Strażników marzeń” jest trochę jak z komiksów Neila Gaimana o Sandmanie; zresztą Władca Snów jest tu jednym z głównych bohaterów, a czarny charakter wygląda kropka w kropkę jak komiksowy Morfeusz. Otóż fantastyczne postacie zaludniające dziecięcą wyobraźnię – Święty Mikołaj, Wielkanocny Zając, Zębowa Wróżka i Sen – oprócz podrzucania prezentów i umilania maluchom życia zajmują się również obroną świata przed inwazją sił ciemności. Ale choć rzut oka na zakulisowe życie mitycznych istot to faktycznie gaimanowski koncept, idea zebrania razem superpotężnych bohaterów do pokonania wspólnego wroga to już niemal… „Avengers”.

 

 

[Czytaj całość]

  • Digg
  • Twitter
  • RSS

Underworld: Przebudzenie / Underworld: Awakening (2012)

Twórcy czwartej odsłony „Underworld” nie mogą doczekać się kąpieli w morzu ognia. Nie przejmują się ekspozycją i od razu przechodzą do rzeczy: pomijani przez scenarzystów poprzednich filmów homo sapiens dowiadują się o istnieniu ras wampirów oraz lykanów i chwytają za karabiny. Wiedzeni instynktem samozachowawczym, urządzają masowe czystki. Świat zamienia się w pole bitwy, ulice spływają krwią, a nieśmiertelna lady Selene (Kate Beckinsale) zalicza „kolejny dzień w biurze”, wysyłając na łono Abrahama uzbrojonych przeciwników. Kiedy seksowna wampirzyca zostaje schwytana, akcja wędruje w przyszłość. Po dwunastu latach Selene budzi się w ośrodku badawczym eksperymentującym na obcych rasach. Nie muszę dodawać, że nie jest w nastroju do żartów.

 

 

[Czytaj całość]

  • Digg
  • Twitter
  • RSS

Królewna Śnieżka i Łowca / Snow White and the Huntsman (2012)

 

„Królewna Śnieżka” to jedna z najpopularniejszych baśni braci Grimm. Znamy ją wszyscy, choć zapewne nie dokładnie w tej wersji, w jakiej spisali ją Niemcy 200 lat temu. Film Ruperta Sandersa również mocno odbiega od oryginału. Grimmowie mieliby pewnie spory problem z rozpoznaniem w nim swego dzieła, a jednak mogliby być z niego dumni. „Królewna Śnieżka i Łowca” jest bowiem filmem mrocznym i bliżej jest mu do literatury fantasy niż kolorowych, lukrowanych bajeczek na dobranoc.

Kino spod znaku fantasy, pomimo wielkiego sukcesu trylogii Petera Jacksona, wciąż wydaje się nie wykorzystywać tkwiącego w nim potencjału. Sanders, który stawia w Hollywood dopiero pierwsze kroki, miał więc strasznie trudne zadanie do wykonania. Ale to, że brakowało mu doświadczenia, tym razem okazało się atutem. Brytyjczyk podszedł bowiem do realizacji filmu z otwartym sercem i umysłem, a także pasją i entuzjazmem, czego rezultaty widać na ekranie. „Królewna Śnieżka i Łowca”, choć to niezaprzeczalnie letnie widowisko pełne efektów specjalnych, to przede wszystkim jest angażującą emocjonalnie opowieścią o utraconej niewinności i o sposobach radzenia sobie z bólem.

[Czytaj całość]

  • Digg
  • Twitter
  • RSS

21 Jump Street (2012)

Film o pluszowym misiu-hedoniście trafi do naszych kin dopiero we wrześniu. Wieszczę więc, że zaszczytny tytuł komedii wakacji powędruje do „21 Jump Street”. Kto lubi niecenzuralny humor z wysokim wskaźnikiem IQ, dialogi ostre jak serie z Uzi, a także zanurzoną w mgiełce nostalgii zabawę z popkulturą, ten na seansie powinien bawić się świetnie.

Twórcy zaczerpnęli pomysł na fabułę z serialu telewizyjnego, który w latach 80. uczynił z Johnny’ego Deppa obiekt westchnień wszystkich małolatek. Pierwowzór opowiadał historię policjantów rozpracowujących pod przykrywką bandziorów w jednym z liceów na przedmieściach. Choć swego czasu program cieszył się dużą popularnością, dziś nie może pochwalić się statusem klasyka małego ekranu jak „Drużyna A” czy „MacGyver”. I nikt nie wpadłby pewnie na pomysł nakręcenia jego pełnometrażowej wersji, gdyby nie Jonah Hill. Zaangażowanie komika, który na potrzeby filmu zrzucił kilkadziesiąt kilogramów, przekonało decydentów z Sony do wyłożenia budżetu. I proszę: na kinową wersję „21 Jump Street” nie czekał prawie nikt, ale już jej sequel (od niedawna w planach

[Czytaj całość]

  • Digg
  • Twitter
  • RSS

Niesamowity Spider-Man / The Amazing Spider-Man (2012)

Jeśli jesteście ciekawi, czym różni się nowa wersja przygód Człowieka-Pająka od trylogii podpisanej przez Sama Raimiego, wystarczy posłuchać, w jaki sposób Peter Parker (Andrew Garfield) rozmawia ze swoją wybranką serca, Gwen Stacy (Emma Stone). Ich konwersacje pełne są niespodziewanych pauz, niekontrolowanych westchnień, ledwo sygnalizowanych gestów zwątpienia, zażenowania i ekscytacji. Ten specyficzny, intymny ton to znak firmowy „Niesamowitego Spider-Mana” i – miejmy nadzieję – całego cyklu. Niby słyszeliśmy już parę razy, że wielka siła niesie ze sobą wielką odpowiedzialność, ale dopiero w filmie Marca Webba („500 dni miłości”) maksyma filmowego wuja Bena waży dokładnie tyle, ile powinna.

Peter Parker na powrót jest nastolatkiem. Ponownie unika szkolnych zakapiorów, spogląda ukradkiem w stronę szkolnej miłości i daje się ukąsić zmutowanemu pająkowi. Znów nieumyślnie przyczynia się do śmierci wuja, dojrzewa do odpowiedzialności za mieszkańców Nowego Jorku, wreszcie – staje do walki ze swoim arcywrogiem, którym tym razem jest doktor Curt Connors, zamieniający się po godzinach w cętkowanego Jaszczura. I choć scenarzyści podążają wydeptanym szlakiem, udaje im się precyzyjnie zbalansować fabularne akcenty. Ich tekst to destylat mitu Człowieka-Pająka: opowieść o narodzinach superherosa nierozerwalnie spleciona z tragikomiczną historią inicjacyjną; paradoks, na który tylko popkultura może sobie pozwolić.

 

[Czytaj całość]

  • Digg
  • Twitter
  • RSS

John Carter (2012)

Po seansie filmu Andrew Stantona znajomy rozpoczął wyliczankę: to było z „Conana”, tamto z „Avatara”, o, a to ściągnęli z „Gwiezdnych Wojen”. Ech, jedno wielkie zapożyczenie. Zanim także Wy zaczniecie narzekać na „Johna Cartera”, przypomnijcie sobie, że tytułowy bohater był już gwiazdą, jeszcze zanim dziadkowie Jamesa Camerona wpadli na pomysł, by powiększyć rodzinę. Carter to praszczur większości herosów z literatury i kina science fiction. Kowboj, który zamienił rewolwery na miecz i wziął się za ratowanie Marsa przed siłami ciemności,  narodził się na początku XX wieku w głowie początkującego pisarza Edgara Rice’a Burroughsa. Pech chciał, że przez dziesiątki lat kino, zamiast przenieść na ekran książki Amerykanina, jedynie namiętnie się nimi inspirowało. Deja vu, które odczujecie wielokrotnie w trakcie pokazu, będzie więc efektem popkulturowego sprzężenia zwrotnego.

Stanton (autor wybitnych animacji ze stajni Pixara, m.in. „Gdzie jest Nemo” i „WALL.E”) doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że „Carter” to film spóźniony. Zamiast jednak na siłę unowocześniać literacki oryginał, poszedł w estetykę retro. Kosztująca prawie 300 milionów dolarów ekranizacja pod wieloma względami wygląda tak, jakby nakręcono ją w latach 50. Refleksy przeszłości odbijają się nie tylko w kostiumach i scenografii, ale także opowiadanej historii. Podział na dobro i zło jest klarowny, a bohaterowie nie mają wielkich jak czerwona planeta dylematów moralnych.

[Czytaj całość]

  • Digg
  • Twitter
  • RSS

3D Faceci w czerni 3 / Men in Black 3 (2012)

 

Seksowna Nicole Scherzinger (Pussycat Dolls) stylizowana na pin-up girl wkracza do najpilniej strzeżonego więzienia w całym wszechświecie. W prezencie dla „ukochanego” upiekła wściekle różowy tort z wisienkami. Kilka centymetrów powyżej bioder dziewczyna ma wytatuowane imię wybranka: Boris. Namiętny pocałunek zakochanych to jedynie początek wizyty. Boris o pseudonimie „Bestia” to kosmiczny kaleka bez ręki. Mimo tego to jeden z najniebezpieczniejszych gangsterów współczesnego świata. Teraz postanowił wreszcie zemścić się na niepozornym agencie w eleganckim garniturze, który pozbawił go wolności. Otwierająca film sekwencja dobrze oddaje klimat opowieści, będącej bezpretensjonalną zabawą przy użyciu wszelkiego rodzaju popkulturowych nawiązań (czasami wręcz ocierających się o popkulturowy produkt placement) i mrugnięć okiem do masowego widza.

Trzecia część „Facetów w czerni” to niespodzianka, która pojawia się na ekranach kin po dziesięciu latach przerwy. Opłacało się czekać tak długo, szczególnie że współscenarzystą filmu jest bezkonkurencyjny Etan Cohen. W zakończeniu trylogii cofamy się do przeszłości. Rewolucja seksualna końca lat sześćdziesiątych w USA to nie tylko czasy hipisów, pierwszych pigułek antykoncepcyjnych i protestów przeciwko amerykańskie interwencji w Wietnamie. W tym samym czasie, a dokładnie 16 lipca 1969 roku, kiedy to Apollo 11 startował z „księżycową” misją, młody agent K. (Josh Brolin i Tommy Lee Jones) pojmał diabolicznego Borisa i zapewnił naszej planecie spokojną przyszłość.

[Czytaj całość]

  • Digg
  • Twitter
  • RSS

Projekt X / Project X (2012)

Już jakiś czas temu można było odnieść wrażenie, że amerykańska komedia wyzbyła się wszelkich zahamowań obyczajowych. Po prostackim seksualizmie „American Pie”, alkoholowo-narkotycznych ekscesach „Kac Vegas” i ich pochodnych trudno było sobie wyobrazić, co może jeszcze oburzać szerszą publikę. A jednak, autorom „Projektu X”, wśród których znalazł się zresztą twórca „Kac Vegas”, Todd Phillips, udało się wywołać oburzenie, i to nie tylko tych przytulających się do prawej ściany.

Komedia o szalonej imprezie grupy nastolatków nie narusza żadnego tabu, które nie zostało wcześniej naruszone. Ale czym innym jest dostać podczas seansu parę razy po łbie, a co innego dostawać co chwilę, i to coraz mocniej. „Projekt X” nie cacka się z widzem: przekracza granice przyzwoitości na większą skalę niż inni, wykorzystując ku temu odmienną formę filmową. I co więcej, wcale nie próbuje się ze swojego karygodnego zachowania tłumaczyć.

Sam fabularny schemat „Projektu X” przerabialiśmy już wielokrotnie: od „Ryzykownego interesu” poczynając, a na „Supersamcu” kończąc. Bohaterem opowieści jest Tom, który nie należy do najpopularniejszych dzieciaków w szkole, ale oczywiście nam, widzom, trudno przyszłoby go od razu nie polubić. Chłopak chce, aby jego impreza urodzinowa była spektakularna i została zapamiętana przez znajomych. Lecz to, co się w trakcie wieczoru wydarzy, przekroczy jego najśmielsze oczekiwania. A wszystko dzięki pomysłowości kumpli, którzy zaprosili na przyjęcie trochę więcej osób niż to było w planie…

 

[Czytaj całość]

  • Digg
  • Twitter
  • RSS

American Pie: Zjazd absolwentów / American Reunion (2012)

Trzynaście lat temu poznaliśmy grupę napalonych nastolatków. Jim, Chris, Kevin, Finch i Stifler swoimi erotyczno-uczuciowymi problemami i obleśnymi wypadkami podbili serca masowej publiczności. Zagwarantowało to byt bohaterów na kilka kolejnych lat. Jednak od ich ostatniej wizyty minęło już prawie 10 lat. Czy po takiej przerwie mogą jeszcze rozbawić nas do łez? Na szczęście okazało się, że tak.

„American Pie: Zjazd absolwentów” wpisuje się w popularny ostatnio nurt rozliczeniowy 30- i 40-latków z własną dorosłością i tęsknotą za utraconą młodością. Ku mojemu zaskoczeniu na tle takich produkcji jak „Duże dzieci” czy „Jutro będzie futro” czwarta kinowa część „Szarlotki” prezentuje się naprawdę okazale. Twórcy znaleźli idealny przepis na zrównoważenie prostackiego humoru będącego znakiem rozpoznawczym całej serii z sentymentalną nutą wynikającą z faktu spotkania ze starymi znajomymi.

 

 

[Czytaj całość]

  • Digg
  • Twitter
  • RSS
Strona 1 z 1012345...10...Ostatnia »